To jest ważny dla mnie tekst, który powstał na tym samym wyjeździe, na którym miałam sen. Nadal nie jestem pewna co autorka miała na myśli w niektórych fragmentach. Mam nadzieję, że Wam do czegoś też się ten tekst przyda.

Jestem w lesie. Zawsze jestem w lesie.

Dzisiaj wabi mnie jasnymi plamami słońca miękko układającymi się na jego brzuchu. Jest przyjazny i skory do zabawy, trochę jak szczeniak, który przewraca się na plecy i chce, by go tarmosić. Nie jest groźnym miejscem z baśni braci Grimm, raczej sielanką Walta Disneya. Wiatr cicho szumi. Patrzę w niebo. Korony drzew falują, jakby oddychały. Każdy wdech pokazuje mi inny kawałek błękitu.

Bliżej nieba pnie jaśnieją papierową chusteczką kory. Bliżej ziemi, warstwy robią się twardsze. Pnie wiedzą o tym jak się chronić. Brunatno-zielonkawe fragmenty nachodzą na siebie jak płyty tektoniczne i dodając siły podstawie od której zależy przetrwanie drzewa. Czy moja dusza też ma taką strukturę? Czy te najbardziej pierwotne części też otacza pancerz budowany latami – szorstki, wielowarstwowy, mający bronić przed tymi co mogą chcieć mnie skrzywdzić? Czym jest moja korona? I czy sięga do nieba, czy już dawno się złamała i podpiera się na innym drzewie? 

Las, zawsze jestem w lesie. 

Patrzę w horyzont, drzewa mnożą się i falują jak w śnie pijaka. Patrzę na wschód, zachód, północ, południe. Wszędzie drzewa, mnóstwo drzew. Krąg się zacieśnia, nie widać wyjścia.

Im ciemniej się robi tym czuję się mniej pewnie.Krzyk ptaka, szelest w krzakach, spadająca kora, to wszystko potrafi zatrzymać moje serce na sekundę i kazać nogom biec. Im bardziej się boję, tym bardziej las mnie przeraża. Czy las jest mną czy ja lasem? Czy z lasu się wychodzi? Czy w lesie się zostaje? 

Las, zawsze jestem w lesie.